Historia pewnej lokaty

 

 

 

 

 

 

 

-         Dzień dobry, witamy w naszym banku. Pani pesel jest jednocześnie numerem konta.

-          Dzień dobry, chciałam ulokować pakiet emocji.

-          Świetnie, jakie emocje?

-          Mam dość pokaźną nadwyżkę złości. Co mogę z nią zrobić?

-          To zależy, czy chce Pani się zajmować swoją złością, czy raczej ją zdeponować i czekać na odsetki.

-          Zdeponuję.

-          Czy kapitalizacja odsetek miesięczna?

-          Tak, niech sobie rośnie. Nie potrzebuję jej.

-          Oczywiście. Kiedy planuje Pani wypłacić nagromadzone środki?

-          Może dzieciom wypłacę, jak przyjdzie czas… Zobaczę, jeszcze nie wiem.

-          Rozumiem. Czy ma Pani inne środki emocjonalne do wpłaty?

-          Mam jeszcze poczucie winy, właśnie odziedziczyłam po babci.

-          Doskonale, cenimy sobie w naszym banku depozyty z tradycjami… Czy zechce Pani odłożyć u nas również poczucie winy, na procent?

-          Tak, poproszę lokatę dożywotnią. Zgodnie z tradycją przekażę wszystko wnukom, pomnożone.

AS

 

 

 

 

 

 

 

Jak jesteś?

                   Opowiedz mi, jak wygląda morze.

                Jest wzburzone i pełne wysokich fal, prawda? I jest ciemnoniebieskie, prawda? I jest turkusowe, przejrzyste. I morze jest życiodajne, tak? Morze też zabiera życie. I morze obmywa piaszczysty brzeg. I na morskim brzegu sterczą ostre skały. I morze jest spokojne, zabarwione odcieniami żółci i czerwieni, kiedy zachodzi słońce. Morze wyrzuca na brzeg muszelki, prawda? I morze wciąga w głąb dmuchaną piłkę. Morze jest słone. Tak, morze jest słone.

                A czym jest morze? A kim ja jestem?

                Ilekroć słyszę w gabinecie, że ktoś jest „jakiś”, staram się sprawdzić, w jakich okolicznościach przeżywa siebie w ten określony sposób. Jeden z moich nauczycieli, zmarły w tym roku Wacław Urbaniec, podawał taki przykład: jeśli ktoś jest nieśmiały, to czy jest taki zawsze? Czy jest nieśmiały też, kiedy ogląda sam w domu telewizję? Odgadliście, stajemy się „jacyś” w reakcji na otoczenie. Wpływamy na nie a ono wpływa na nas. To bardzo ważne, by wyodrębnić czynniki, które w konkretny sposób wpływają na nas i sprawiają, że zmienia się nasze postrzeganie sytuacji, innych, siebie. I dostrzec, że choć niezmienna pozostaje nasza substancja – jak woda w morzu -  to my sami możemy być różni wobec różnych czynników zewnętrznych, ale i też tych płynących ze środka. Inaczej jestem, kiedy boli mnie głowa, inaczej, kiedy jestem głodna, inaczej kiedy wypoczęta, etc.

                W ujęciu gestaltowskim akcent z tego, kim jestem przenosi się na to, jak jestem. Jak jestem w otoczeniu, wobec niego. To pierwsza zmiana. A za nią idzie druga. Jeśli różne, zewnętrzne i wewnętrzne czynniki, wpływają na to, jak jestem, to przecież nie jestem statyczna. To, czego doświadczam i jak wchodzę w interakcje z otoczeniem jest procesem. Jest stawaniem się bardziej niż byciem. Jest dynamiczne i podlegające działaniu wielu sił. Jeśli popatrzymy na to przez pryzmat pewnych ról społecznych, to też nie ma stałej. Jestem psychoterapeutką. Czy jestem nią też poza gabinetem. Nie. Czy jestem teraz? Po części. Jak jestem, teraz, kiedy piszę te słowa? Jestem zaangażowana, zainteresowana, twórcza, skupiona. Rozwijam się, jestem w kontakcie ze sobą i z wyobrażeniem Ciebie, czytającego. W kontakcie ze wspomnieniami ze swojego procesu uczenia się i rozumienia Gestaltu.

                Patrzenie na to „jak” a nie „kim” jestem uwalnia od etykiet. Sprawia, że mogę wejść w bliższy kontakt, bo nie posługuję się swoimi wyobrażeniami o czymś. Kiedy przyjmę, że moje bycie to w istocie stawanie się i ciągłe tworzenie siebie, odchodzi kolejne obciążające przekonanie, że jest się „kimś” na zawsze. Na przykład zawsze leniem, czy zawsze gwiazdą. Nie jestem zobligowana by wypełniać treścią etykietę, którą noszę. Po prostu jestem, jak morze. Wystarczająco rozpoznawalna dla innych i równocześnie ciągle żywa, zmieniająca się. A Ty, jak jesteś?

AS

Kim jestem, kiedy mnie dostrzegasz.

Po długim czasie twórczej próżni poczułam znowu chęć podzielenia się swoim spojrzeniem na terapię. Inspiracją, jakżeby inaczej, jest dla mnie praca w gabinecie. A praca terapeuty to relacja, kontakt, poznawanie. Więc moja inspiracja płynie z relacji, z ludzi, od ludzi, od Was. Tworząca się w polu terapeutycznym iskra, która nie gaśnie, kiedy zamkną się drzwi a puste fotele zostają same w półmroku pokoju.

Jest dla mnie taki rodzaj wyzwania, w którym łatwo mi popaść w pułapkę fantazji i wyobrażeń, przekonań o kliencie. O Tobie. Kiedy przychodzisz i w miarę, jak opowiadasz, jak rozmawiamy, jak Cię poznaję, orientuję się, że tak wiele nas łączy. Że mamy tak podobne schematy postępowania, pewne wspólne doświadczenia, patrzenie na świat, lubimy ten sam rodzaj herbaty i wzruszamy się na tym jednym jedynym najważniejszym filmie. Tak, bywa tak, że spotykamy się w gabinecie i myślę „bratnia dusza”. I to jest moment, kiedy muszę podwoić czujność. By nie zakładać, że wiem, jak się czujesz. By nie prowadzić Cię w stronę odszukiwania doświadczeń, które sama przeżyłam. By Cię słuchać, bo to jest Twoja historia a nie korzystać z Twojej historii by przypomnieć sobie własną. Koledzy i koleżanki terapeuci już mi podszeptują… by się nie zatopić w symbiozie. Nie zlać w jedno.

A dlaczego miałoby to działać na szkodę?

Przecież symbioza jest potrzebna. Jest kluczowa dla dziecka, by mogło przeżyć. Mama, pierś, ja-dziecko. Cudowne i niezmącone kołysanie się w byciu razem, stan, w którym druga osoba odgaduje moje potrzeby i zaspokaja je zanim zdążę się sfrustrować. Można tak trwać i trwać. Lecz jeśli symbioza trwa zbyt długo, to można się nie wyodrębnić. I wtedy stać się niewidzialnym. Stracić swoją tożsamość na rzecz określania się tylko w odniesieniu do obiektu. Lubię szpinak, jak mamusia i nie lubię jabłek też jak mamusia. Nie muszę mówić innym, czego potrzebuję, bo się domyślą. Nie muszę też innych słuchać, bo wiem, czego im potrzeba. Relacje odbywają się dla mnie na poziomie niewerbalnym, bo tak trudno mi nazywać własne uczucia. I tak najczęściej skupiam się na uczuciach innych a własne ignoruję. Działam w trybie reakcji, bo podjęcie akcji jest dla mnie trudne bez uprzedniej aprobaty. Mam takie przekonanie, że bez drugiej osoby nie poradzę sobie, zginę. Że bycie z drugą osobą oznacza zatarcie granic i bezmierne oddanie.

To już wiecie dlaczego…

Klient przychodzący do gabinetu jest metrykalnie dorosły. Z dojrzałością emocjonalną bywa różnie, często to właśnie ona jest przedmiotem pracy. Ważne by móc tę dojrzałość budować, pozwolić sobie na wyodrębnienie i poznanie: kim jestem? Kim jestem, kiedy ważny jestem tylko JA. Kim jestem, kiedy nikt mi nie mówi, jak mam żyć ani, co czuję czy powinienem czuć. Kim jestem, kiedy druga osoba patrzy na mnie i mnie widzi. Takiego, jakim jestem w tej chwili. Kim jestem, kiedy mogę wejść w kontakt, bez stawiania muru i bez zlewania się w jedno. Kim jestem wobec Ciebie. Lub, jak podkreślali nauczyciele Gestalt: jak jestem. O procesie bycia i stawiania się – następnym razem.

AS

Lecząca funkcja kontaktu w depresji

***

żyję nie widując gwiazd

mówię nie rozumiejąc słów

czekam nie licząc dni

aż ktoś przebije ten mur

Rafał Wojaczek

Powyższe słowa poety Rafała Wojaczka oddają pełnię depresyjnego przeżycia: samotności, niemocy, wycofania do bezczasu i odludzia. Doświadczenie depresji jest ogromnie obciążające i pozostawia w psychice chorego ślad jeszcze długo po ustaniu objawów. Wspomnienie siebie z „tamtego czasu”, kiedy nie starczało motywacji na najprostsze sprawy czy podstawowe czynności, smutek zalewał bez miary a udręczony umysł mechanicznie przetwarzał te same czarne myśli jest dla osoby, która wyzdrowiała wspomnieniem niemal z innego życia. Jednym z boleśniejszych elementów depresji jest niemożność połączenia się ze światem, chorego oddziela niewidzialna szyba, przez którą może świat oglądać, ale nie może go dotykać, przeżywać, smakować. Energia jest wycofana do wewnątrz i trawiona na przetwarzanie własnego cierpienia. Zadaniem terapeuty Gestalt w takiej sytuacji jest nieustanne i płynące z empatycznego serca nawiązywanie kontaktu. Bo kontakt jest leczący i tylko w kontakcie można wspierać poprawę funkcjonowania chorego. Tylko nawiązawszy kontakt można iść dalej, aby Klient mógł przeżywać, rozumieć, integrować swoje doświadczenia.

Równie ważne, jak nawiązanie kontaktu z terapeutą jest podtrzymywanie kontaktu z bliskimi. I tutaj często chory ma trudność z zainicjowaniem kontaktu, więc rolą bliskich jest odwiedzanie, rozmawianie, czasem tylko siedzenie razem na kanapie. Obecność drugiej osoby wpływa kojąco i pomaga choć na moment połączyć się z rzeczywistością poza chorobą. Jest też druga strona medalu – bliscy, którzy opiekują się osobą w depresji często doznają wypalenia i sami przechodzą kryzys. Stany emocjonalne są „zaraźliwe”, depresja kładzie się długim cieniem  na otoczenie, nie tylko na chorego. Jeśli czujemy, że nie radzimy sobie z przyjmowaniem trudnych emocji osoby w depresji i brakiem widocznej poprawy stanu zdrowia, to też zachęcam do sięgnięcia po pomoc. Może to być pomoc w gabinecie terapeuty, ale też budowanie swojej sieci wsparcia. Bo pomoc innym bywa trudna i kiedy są to nasi bliscy jest obciążona emocjami ponad miarę.

Warto wspomnieć, że również terapeuci doznają stanów depresyjnych. Jak w innych zawodach związanych z pomaganiem, tak i tutaj istnieje duże ryzyko wypalenia zawodowego, nadmiernego stresu i związanych z nim stanów wyczerpania emocjonalnego aż po depresję.

W sytuacji depresji klinicznej niemożliwe jest dla terapeuty kontynuowanie pracy z Klientami ponieważ upośledzona jest funkcja kontaktowania się z drugim człowiekiem, która leży u podstaw warsztatu terapeuty. Na szczęście nie każdy terapeuta zachoruje na depresję, ale gdyby spytać terapeutów, czy sami doświadczyli depresyjnych stanów, większość odpowie twierdząco. Ja również. I dodam przekornie: no i dobrze! Po co terapeucie stan depresyjny? I skąd się bierze u, z definicji, świadomych i zdrowych psychicznie osób? Tak, jak u każdego, może być wynikiem traumy, jednym z etapów żałoby, efektem doświadczania przewlekłego stresu i nadmiernych obciążeń. W pracy terapeutów obciążenia występują nader często, terapeuci towarzyszą Klientom w cierpieniu, wspierają używając własnych zasobów, przyjmują trudne tajemnice a czasem niestety muszą się zmierzyć z czyjąś samobójczą śmiercią. Jaka jest celowość doświadczenia stanu depresyjnego dla terapeutów? Tego swoistego emocjonalnego resetu, kiedy trudne przeżycia niejako spalają się w naszej psychice tworząc miejsce na coś nowego… Takie doświadczenie pozwala poszerzyć świadomość terapeuty i, już przeżyte, powinno być włączone do jego zasobów. Pozwala też lepiej rozumieć depresyjne doświadczenia innych i dzielić się własnym doświadczeniem. Dla Klienta, który często idealizuje terapeutę, informacja o tym, że „terapeuta też tak miał” może się okazać bardzo ważna poprzez poczucie, że nie jest w swoim doświadczeniu osamotniony.

Spojrzeliśmy więc na kontakt w depresji z trzech różnych perspektyw: chorującego, bliskich i terapeuty. Depresja może dotknąć każdego z nas i każdy może się znaleźć w sytuacji, kiedy będzie pomagał osobom w depresji. Pamiętajmy, że najważniejszym i podstawowym sposobem pomocy jest kontakt, rozpuszczenie twardego spoiwa muru, który odgradza od rzeczywistości, chęć zajrzenia poza ten mur, mimo lęku, że zobaczymy tam coś strasznego. Bo zawsze w głębi będzie na nas czekał Człowiek.

Figura Gestaltystki (cz. 3)

 Kontakt, emocje, praca z ciałem, relacja… a wszystko to musi mieć swoje ramy żeby zapewnić bezpieczeństwo i komfort pracy terapeutycznej obu stronom, i Klientowi, i Gestaltystce. Dzisiaj o ramach właśnie i o tym, co wolno a czego nie wolno terapeucie.

Jak każda podróż czy każdy proces, terapia ma swój początek, rozwija się i kończy. Początek to pierwszy kontakt, jaki klient ma z terapeutą – może to być wejście na jego stronę internetową, rozmowa telefoniczna, wymiana e-maili. I od samego początku terapeutę obowiązuje pełna dyskrecja – cokolwiek zdarzy się w relacji z klientem, nie może być przez terapeutę ujawnione poza gabinetem. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja superwizji, o której za chwilę.

Zaufanie jest podstawą relacji terapeutycznej i w żadnym wypadku nie może zostać przez terapeutę naruszone. Klient oczywiście ma prawo opowiadać komu zechce o swojej terapii i o terapeucie; terapeuta ma obowiązek zachować tylko dla siebie wszelkie informacje dotyczące klienta i jego terapii. Jeszcze zanim spotkają się w gabinecie, klient ma prawo wiedzieć, kim jest terapeuta: jakie ma wykształcenie i doświadczenie, w jakim nurcie pracuje,  jaka jest jego oferta terapeutyczna, jaką szkołę skończył, czy posiada certyfikat, czy się superwizuje. Może być tak, że terapeuta jest w trakcie procesu certyfikacji, oznacza to, że ma potrzebne do prowadzenia terapii kwalifikacje, ale kompletuje jeszcze dokumenty i dopełnia formalności niezbędnych do uzyskania certyfikatu. Terapeuta, który już uzyskał certyfikat jest zobowiązany do systematycznego odnawiania go, dzięki temu klient ma pewność, że organizacje zrzeszające terapeutów i poświadczające wysoki poziom ich kwalifikacji odpowiednimi certyfikatami okresowo weryfikują zdolność terapeutów do wykonywania zawodu.

Obowiązkiem terapeuty, który prowadzi czynną praktykę jest stałe superwizowanie swojej pracy. Superwizowanie to omawianie procesu terapeutycznego i specyficznych problemów z bardziej doświadczonymi kolegami, którzy mają status superwizora. Ma to na celu po pierwsze zapewnienie bezpieczeństwa klientowi i uniknięcie jakichkolwiek, świadomych lub nie, nadużyć ze strony terapeuty a po drugie, ciągłe podnoszenie kwalifikacji przez terapeutę i rozwijanie jego potencjału zawodowego. W trakcie superwizji terapeuta nie musi podawać nazwiska klienta – wystarczy imię, czasami wiek.

 A jak się zaczyna praca w gabinecie? Od przywitania, podania ręki. A dalej? Podczas pierwszego a czasem kliku pierwszych spotkań Klient i Gestaltystka ustalają zasady, na jakich będą pracować. Nazywa się to kontraktem terapeutycznym. W ramach kontraktu ustalane są: obszar pracy, główny problem klienta, aspekty formalne czyli miejsce, czas, częstotliwość i koszt spotkań i wszelkie inne sprawy ważne dla obu stron. Kontrakt można oczywiście w trakcie trwania terapii modyfikować, ale ważne jest żeby nie zaczynać pracy dopóki nie zostanie on omówiony i uznany przez klienta i terapeutę. Pierwsze spotkania  służą też rozpoznaniu, czy klient ma ochotę pracować z danym terapeutą.

Jeśli jest obopólna chęć do pracy i w ramach kontraktu został ustalony jej zakres, to często klient i terapeuta przechodzą na „ty” żeby podkreślić otwartość na siebie nawzajem i partnerstwo w procesie terapeutycznym. Rozpoczyna się pogłębianie relacji i praca na rzecz pomocy klientowi. Bo w procesie terapii to klient jest najważniejszy i jego bezpieczeństwo, i rozwój są dla terapeuty nadrzędne. Terapeuta jest odpowiedzialny za fachowe i zgodne ze swoimi kwalifikacjami oraz kodeksem etycznym prowadzenie terapii, odpowiedzialność za własną pracę i podejmowanie wysiłku we własnej terapii leży po stronie klienta. Gestaltystka nie będzie Klienta do niczego zmuszać, nie będzie za niego myśleć ani działać. To klient podejmuje decyzje dotyczące jego życia i terapii. I tylko klient wie, co jest dla niego najlepsze.

Ponieważ w terapii Gestalt ważne jest włączanie ciała do procesu terapeutycznego, terapeuta powinien omówić z klientem, czy ten zgadza się na dotyk w trakcie sesji, na przykład potrzymanie za rękę lub podparcie pleców. To od klienta będzie zależało, czy zdecyduje się na taką formę pracy z ciałem i terapeuta ma obowiązek zawsze szanować granice i decyzje klienta.

W czasie pierwszego lub kilku pierwszych spotkań Gestaltystka przeprowadzi z Klientem wywiad – będzie pytała o środowisko klienta, sytuację rodzinną, dotychczasowe doświadczenia z podejmowaniem psychoterapii, motywację do pracy i wiele innych spraw, które będą ważne do rozpoznania bieżącej sytuacji klienta i jego rzeczywistości poza gabinetem. Często terapeuta będzie na bieżąco robił notatki żeby zachować ważne informacje przekazywane przez klienta. Do takich notatek ma wgląd tylko terapeuta, zgodnie ze wspomnianą na początku zasadą dyskrecji i tajemnicy zawodowej.

Żeby utrzymać profesjonalny aspekt relacji terapeutycznej, klient i terapeuta nie powinni się spotykać poza gabinetem. Całkowicie niedopuszczalne są bliskie relacje prywatne, również w klika lat po zakończeniu terapii. Ta sama zasada obowiązuje przy wyborze terapeuty – nie może to być nikt z rodziny ani znajomych. Dlaczego jest to ważne? Głownie dlatego żeby zachować bezstronność terapeuty i klienta ani nie pomylić rzeczywistości terapii z rzeczywistością poza gabinetem.

W każdej terapii przychodzi moment, w którym klient uznaje, że nie potrzebuje już cotygodniowych spotkań z terapeutą i jest na tyle silny i zintegrowany, że może iść dalej bez wsparcia terapeuty. Wtedy czas żeby się pożegnać. Zakończenie procesu terapii jest jej ważnym elementem i zazwyczaj przeznacza się na niego kilka sesji. Te sesje nie służą już omawianiu nowych spraw tylko spojrzeniu wstecz na proces terapii, domknięciu ewentualnych niezakończonych wątków i pożegnaniu z terapeutą. Ważne żeby proces kończenia terapii przejść świadomie i rzeczywiście poczuć, że się dopełnia. A co potem? Klient idzie dalej swoją drogą bogatszy o doświadczenie terapii i zaopatrzony w nowe umiejętności, dzięki którym może w pełni się realizować. Terapeuta w jego miejsce przyjmuje innego klienta i cykl rozpoczyna się od nowa.

Teraz wiecie nieco więcej o tym, kim jest i jak pracuje psychoterapeuta Gestalt. Zawiera z klientem kontrakt, zawsze zachowuje dyskrecję, zbiera wywiad. W pracy bazuje na budowaniu relacji z klientem, proponuje doświadczanie i pracę z ciałem. W każdej sytuacji dąży do umożliwienia klientowi rozwoju i poszerzenia świadomości.

Na koniec została nam do rozwiązania jeszcze jedna kwestia – dlaczego figura Gestaltystki? Słowo „Gestalt” oznacza po niemiecku właśnie figurę, postać. W terapii Gestalt rozumiemy tę figurę jako to, co aktualnie jest najbardziej obecne w naszej świadomości, i dla czego inne odczucia, myśli, sprawy stają się tłem. Proces powstawania i rozpadania się figur towarzyszy nam cały czas. Kiedy piszę ten artykuł to on jest moją figurą, Gestaltem a szumiący w kuchni czajnik jedynie tłem. Za moment zrobię sobie herbatę i to parujący kubek zajmie moją świadomość a inne sprawy zejdą do tła. A o tym, dlaczego jest ważne żeby figury powstawały i rozpadały się płynnie i bez przeszkód przeczytacie w jednym z kolejnych artykułów.

Jeśli macie ochotę podyskutować lub o coś zapytać, to zachęcam do komentowania lub wysłania e-maila bezpośrednio do Gestaltystki.

 Agata Teixeira de Sousa

Figura Gestaltystki (cz.2)

Miło mi, że znowu się spotykamy.

Z poprzedniego artykułu pamiętasz pewnie, drogi Czytelniku, kilka ważnych dla pracy Gestaltystki motywów – kontakt, relację, emocje, doświadczanie. Może pamiętasz też, że terapia służy poszerzeniu świadomości a klient jest jedynym ekspertem od swojego życia. To ruszajmy dalej, w podróż po figurze Gestaltystki.

Ostatnim przystankiem było doświadczanie. Podzielę się tutaj pewnym wglądem z mojej własnej terapii – że doświadczania, przeżywania nie warto odkładać na później. Miałam taki pomysł, że w gabinecie, z moją terapeutką, zajmę się sprawą, która parę dni wcześniej bardzo mnie poruszyła. I co? Emocje nie wróciły, przeżycia nie udało się odtworzyć. A co się udało? Doświadczyć frustracji i przekonać się o tym, że życie odkładane „na inną okazję” po prostu ucieka, rozpływa się. Po tym doświadczeniu przyszła też refleksja o tym, jak ważne jest być w „tu i teraz”. Niby rozumiemy, że jesteśmy w teraźniejszości i już; że przeszłość nie wróci a przyszłość nadejdzie w swoim czasie. A jednak spędzamy dużo czasu błądząc myślami w jednym lub w drugim i niejako przegapiamy to, co się na bieżąco z nami i wokół nas dzieje. Uważność na bieżącą chwilę jest ważną umiejętnością, często musimy się jej uczyć w gabinecie od początku. Terapeuta będzie przypominał o byciu „tu i teraz” i zachęcał do refleksji nad swoim obecnym stanem, odczuwania żywych w danym momencie emocji. Również kiedy klient przywoła w gabinecie sytuację z przeszłości, terapeuta może się zadać pytanie, jakie tamta sytuacja ma znaczenie w chwili obecnej. Nasze dzieciństwa obfitują w przeżycia, które zapamiętaliśmy jako straszne, krzywdzące; pamiętamy przez lata, że mama nie pochwaliła nas wystarczająco po przedszkolnym przedstawieniu  a tato przez pomyłkę wyrzucił ukochanego pluszaka. Możemy pielęgnować w sobie te przeżycia, ale możemy też się zastanowić, na ile mają rzeczywisty wpływ na nasze obecne życie. W myśl tego, co pisał Jean-Paul Sartre: „Ważne jest nie to, co ze mną zrobiono, lecz to, co ja sam zrobiłem z tym, co ze mną zrobiono.” Jako dorośli mamy możliwość zintegrowania przeżyć z dzieciństwa i nadania im nowego znaczenia, z perspektywy „tu i teraz”.

Wrócę jeszcze do emocji a w szczególności do ich źródła. Do jakiego źródła? Do ciała. Emocje rodzą się w ciele, powstają z ruchu, z naszej energii. Nie można emocji przeżywać „bezcieleśnie” – jeśli upieramy się, że tak, to znaczy, że mówimy o myślach a nie o emocjach. Jeśli krzykniemy ze strachu, to poczujemy, że zadrapało nas w gardle, serce zabiło szybciej, być może oblała nas fala gorąca/zimna, zatrzęsły nam się ręce, itd… To wszystko odczucia płynące z ciała. Jako dzieci odbieramy rzeczywistość właśnie ciałem, zmysłami. Maluch, który zaczyna poznawać świat chce wszystko brać do rączek, wkładać do buzi, uderzać przedmiotem o ziemię, jednym o drugi. Na tym etapie życia nasza energia i emocje krążą swobodnie w ciele. Może i Wy znacie sprzeciw dziecka wyrażony napięciem mięśni, wyginaniem się w tył, wykręcaniem, odpychaniem. A może znacie również sytuację, w której dziecko jest głęboko zrelaksowane lub śpi i zupełnie „puszcza” wszystkie mięśnie, całym ciężarem poddaje się grawitacji a jego ciało jest miękkie całkowicie rozluźnione. To etap, kiedy nie ma jeszcze myślenia i cenzury swoich zachowań, ograniczania przepływu energii w ciele. Dopiero wraz z dorastaniem uczymy się podporządkowywać ciało władzy umysłu i norm społecznych a często zmuszamy się do zaniedbywania swojego ciała i odcinania od płynących z niego wrażeń. Gestaltystka wie, jak ważne jest zwrócenie uwagi klienta na jego ciało, zachęcenie do odbierania wrażeń płynących z ciała. Dlatego w gabinecie może prosić klienta żeby na przykład pogłębił ruch, który towarzyszy jakiemuś zdaniu lub skupił się na swoim oddechu. Może być też tak, że dopiero w gabinecie klient zorientuje się, że w ogóle odczuwa cokolwiek w ciele. Lata blokowania energii i ograniczania swoich naturalnych ruchów mogą skutkować zupełnym odcięciem się od ciała jako części nas samych i zaledwie „używaniem go” na co dzień. Bywa też tak, że zaniedbywane latami wewnętrzne konflikty i zbolałe od ciągłego napinania się mięśnie, dają znać o sobie w postaci choroby. Pewnie znacie z własnego doświadczenia lub ze słyszenia historie chorób, których żaden lekarz nie potrafił całkowicie wyleczyć – bóle mięśni, żołądka, głowy, nudności, itp… Mogą to być objawy wypartego cierpienia psychicznego, które wyleczyć można w procesie psychoterapii. Nie twierdzę, że psychoterapią można zastąpić medycynę. Ale głęboko wierzę w to, że zajmując się sobą i przyczyną bólu, dla którego nie ma wytłumaczenia medycznego możemy znacznie poprawić jakość życia i świadomie dbać o siebie. Dalsze rozważania o roli pracy z ciałem zostawię na osobny artykuł.

Dzisiaj opowiedziałam o roli uważności na „tu i teraz”, o emocjach i o ciele. Aspekty formalne i powinności oraz prawa terapeuty następnym razem. Nie mogłam sobie odmówić pisania o tym, co w tym momencie było dla mnie ważne.

cdn…

Agata Teixeira de Sousa

Figura Gestaltystki (cz.1)

Oho, figura!; ucieszą się niektórzy czytelnicy myśląc, że nadszedł czas na podanie wymiarów terapeutki a potem będzie można je komentować i zastanawiać się, na ile obwód w talii wpływa na skuteczność terapii. Albo może mniej w stylu „cosmo”, ucieszą się ci, którzy po przeczytaniu rozważań o leczeniu duszy mają nadzieję na artykuł o leczeniu ciała i pracy z ciałem. A ci, którzy trochę już czytali o Gestalcie pomyślą, że może chodzić o figurę i tło, pojęcia właściwe temu nurtowi.

Nie rozstrzygajmy na razie, kto trafi w sedno, a kto nie. Na tę chwilę moim celem jest przybliżenie czytelnikom, kim jest psychoterapeuta Gestalt. A ponieważ sama się takim mienię, przedstawię Wam subiektywną figurę Gestaltystki – widzianą moimi oczyma. Zanim skupię się na formalnej stronie bycia terapeutką Gestalt i opowiem o tym, co wolno, a czego nie wolno terapeucie, chcę Was wprowadzić w klimat gabinetu i sesji prowadzonych tą metodą.

Kluczowym pojęciem dla psychoterapeuty Gestalt jest „kontakt” – budowanie relacji i więzi z klientem. Gestaltystka wierzy, że to właśnie na więzi i kontakcie opiera się proces leczenia. Pisząc o relacji mam na myśli głównie to, że w gabinecie terapeuta jest autentyczny – między nim a klientem trwa proces akcji – reakcji, w którym terapeuta zawsze myśli to, co mówi. Dlaczego ma to znaczenie? Gabinet to mikrokosmos, który odzwierciedla świat klienta i w gabinecie klient tworzy relację z terapeutą w taki sposób, w jaki tworzy ją w świecie. Reagując prawdziwie na to, co wnosi klient, terapeuta pomaga mu odczuć i zrozumieć, jaki jest w relacjach z innymi. Gabinet to też miejsce, w którym klient może prawdziwie i bez obaw o konsekwencje dla swoich spraw poza gabinetem, reagować wobec terapeuty. Może wyrazić uczucia, które w nim się pojawiają i potem omówić z terapeutą skąd się biorą, czemu służą konkretne reakcje i jakie informacje niosą ze sobą.

A co z osławioną analizą? Gestaltystka będzie analizować słowa i mowę ciała klienta, bo czerpie wiedzę z teorii psychoanalizy i psychologii. Od czasu do czasu pozwoli sobie na interpretację tego, co się dzieje w gabinecie. Ale przede wszystkim będzie zachęcać klienta do samodzielnej analizy i interpretacji. Jak to? Czy interpretacja nie jest zadaniem psychoterapeuty? I tak, i nie. Tak: interpretacja podana przez terapeutę może być dla klienta pomocna, może mu pokazać nowy sposób patrzenia na daną sytuację. I nie: zinterpretować dane zdarzenie w sposób właściwy dla siebie i niezależnie od wpływu innych może tylko klient. Ogromnie ważny jest tutaj kontekst i sposób postrzegania świata przez klienta a terapeuta wnosi przecież do relacji swoje własne przeżycia, odczucia, wspomnienia, etc.. więc trudno żeby nie wpływały one na klienta. A czy często nie jest tak, że przychodzimy do gabinetu po pomoc, bo już sami nie wiemy, kim jesteśmy i zaczyna nas męczyć, że dajemy całemu światu „wejść sobie na głowę?”. Własna interpretacja uczy mówić swoim głosem i przyzwyczaja klienta do myśli, że jedynym ekspertem od jego życia jest on sam.

Wspomniałam przed chwilą o odczuciach terapeuty. Zanim Gestaltystka pomyśli i zanalizuje, zauważa, jakie uczucia budzi w niej to, co wnosi klient. I dzieli się tym z klientem. Czy to jakieś odwrócenie ról? W żadnym razie! Sfera uczuć jest na co dzień często pomijana, skupiamy się na tym, co racjonalne a wrażenia, odczucia, intuicję ignorujemy. Nie ma czasu na przeżywanie. A emocje są integralną częścią nas, równie ważną jak umysł czy ciało. Nawykowe ignorowanie emocji sprawia, że po pewnym czasie przestajemy w ogóle czuć. Z uśmiechem opowiadamy o złości; ze spokojem o krzywdzie i cierpieniu; beznamiętnie o radości. Gestaltystka ujawnia klientowi swoje emocje żeby przypomnieć mu o ich istnieniu u klienta, zachęcić do zatrzymania się i sprawdzenia swojego wnętrza. W gabinecie klient ma okazję na nowo nauczyć się dostrzegania i szanowania swoich emocji i postepowania w zgodzie z nimi.  Hmmm, pewnie kilku czytelników właśnie straciło chęć na terapię Gestalt… „gadanie o uczuciach? to nie dla mnie, ja potrzebuję wszystko zrozumieć”. W terapii Gestalt jedno wspiera drugie – zrozumienie, poszerzenie świadomości to nadrzędny cel psychoterapii. A dzięki włączeniu w swój repertuar poznawczy również uczuć i pozwoleniu na to żeby informowały nas o świecie, rozumiemy głębiej i zapamiętujemy swoje odkrycia na zawsze. To tak jakby opowiadać komuś, kto nigdy nie jadł pizzy, jak smakuje. Niby można… że tu sos pomidorowy, tam ser, dodatki i jeszcze chrupiący drożdżowy spód. Idę o zakład, że dopiero po spróbowaniu kawałka powie „aaaa, to o to chodziło!” I zapamięta smak na długo. Pełne włączenie zmysłów i uczuć do swojego poznawania świata przynosi zupełnie nową jakość.

Tym samym dochodzimy do bardzo ważnego elementu terapii Gestalt – doświadczania. I tutaj pojawią się obiecane fikołki i poduszki. Pisałam już, że gabinet jest miejscem, w którym można bezpiecznie sprawdzać nowe rozwiązania i wyrażać to, co w świecie poza gabinetem wyrazić trudno. Bywa tak, że męczy nas jakaś niewypowiedziana kwestia. W jakiejś sytuacji nie zareagowaliśmy zgodnie ze swoimi uczuciami i chęciami. Jeśli klient wniesie to do terapii, to jednym z możliwych rozwiązań jest zaproponowanie odegrania tej sytuacji w gabinecie, tym razem z dopisaniem swojego zakończenia. Jeśli klient ma ochotę odegrać dialog z jakąś osobą, to może obsadzić w roli tej osoby rekwizyt, na przykład poduszkę. Kiedy odgrywa sytuację, emocje wracają, niewypowiedziane słowa czy gesty mogą zaistnieć w rzeczywistości a wybrzmiawszy, odejść w przeszłość. Gestaltystka towarzyszy takiemu doświadczeniu i upewnia się, że klient jest bezpieczny i radzi sobie z emocjami. Na razie brzmi tajemniczo i trudno to sobie wyobrazić? Uwierzcie, że działa. Jednak nie proponuję prób w domu, zapraszam do gabinetu! A jeśli ktoś ucieszony nowym odkryciem i pełen energii będzie miał ochotę podczas sesji zrobić fikołka, to na to też jest u Gestaltystki miejsce.

                cdn…

Agata Teixeira de Sousa

Psychoterapeuta czyli kto?

Najprościej mówiąc – psychoterapeuta to specjalista, do którego zgłaszamy się po pomoc w sytuacji cierpienia psychicznego, i który na drodze psychoterapii pomaga swoim klientom znaleźć rozwiązanie trudnej dla nich sytuacji, i nauczyć się czerpać satysfakcję ze wszystkich obszarów życia.

Pokrewne zawody to psycholog i psychiatra. Psycholog zajmuje się głównie orzecznictwem i diagnozowaniem, ale też psychoedukacją i pomocą psychologiczną, zazwyczaj w zakresie kilku do kilkunastu wizyt. Psychiatra ma wykształcenie medyczne i pomaga chorym psychicznie, w których przypadku konieczna jest farmakoterapia i/lub hospitalizacja. Psychologowie i psychiatrzy mogą prowadzić psychoterapię po odbyciu szkolenia kierunkowego w jednej ze szkół psychoterapii.

Często psychologowie, psychiatrzy i psychoterapeuci pracują wspólnie dla dobra klienta – w leczeniu wielu zaburzeń najlepsze efekty przynosi połączenie psychoterapii i farmakoterapii.

A gdyby spojrzeć „na psychoterapeutę” z jeszcze innych stron? Biorąc pod uwagę grecki źródłosłów możemy rozszyfrować, że psychoterapeuta to ktoś, kto leczy duszę. Brzmi górnolotnie? Trudno byłoby mi podjąć rozważania nad tym, czym jest dusza więc na potrzeby tego artykułu i w świetle dziedziny, którą się zajmuję, przyjmę, że dusza jest tym wszystkim, co w człowieku niematerialne i żywe. A jak terapeuta tę duszę leczy skoro nie jest lekarzem i nie używa aparatury diagnostycznej, badań ani zastrzyków? Ani morfologii nie może zlecić, ani zapisać witamin… Bez możliwości i potrzeby uciekania się do kolorowych pigułek, terapeuta leczy rozmową a przede wszystkim swoją obecnością, uważnością, empatią, autentycznym kontaktem i odkrywaniem mechanizmów, które warunkują reakcje klienta a co za tym idzie – poszerzaniem jego świadomości.

Oczywiście każdy ma też swoje „narzędzia”, zależne od nurtu, w którym pracuje i indywidualnych cech terapeuty. No tak, bo przecież psychoterapeuci pracują w różnych nurtach, uczyli się w różnych szkołach. Czy w takim razie jedne metody terapii są bardziej skuteczne niż inne? Jakie znaczenie dla klienta ma to, w jakim nurcie pracuje dany terapeuta? Wielu badaczy poszukiwało odpowiedzi na to pytanie, wielu wiele by dało żeby odnaleźć tę jedną i niezawodną metodę. Do czego doszli w swoich poszukiwaniach? Czy bardziej skutecznie leczy duszę Gestalt, terapia psychodynamiczna czy poznawczo-behawioralna? Okazuje się, że skuteczność nie zależy od metody. Czynnikiem leczącym w psychoterapii jest kontakt a co za tym idzie – osoba terapeuty. Najbardziej skuteczni są terapeuci prawdziwie zaangażowani w proces leczenia klienta, okazujący empatię i będący w stanie budować trwałą więź z klientem. Co ciekawe, mniejsze niż się spodziewano znaczenie dla satysfakcji klienta ma doświadczenie terapeuty. Badacze wskazują, że wynika to stąd, że rozpoczynający karierę młodzi terapeuci nadrabiają braki w doświadczeniu zwiększonym zaangażowaniem w kontakt z klientem. Za to terapeuci z dużym doświadczeniem mogą popadać w pewną rutynę kosztem kontaktu właśnie.

Jak zatem wybrać najlepszego terapeutę? Dla tych, którzy po wpisaniu w google frazy „najlepszy terapeuta” otrzymali setki wyników i złapali się za głowę z przerażenia mam dobrą wiadomość – terapeuta uniwersalnie najlepszy nie istnieje. Ta wiadomość jest dobra dlatego, że oddala od klientów powinność odnalezienia „jedynego i najlepszego specjalisty” a daje wolność wyboru i możliwość spotkania z kilkoma terapeutami zanim wybierze tego najlepszego dla siebie. Tak jak w codziennym życiu – nie z każdym jest nam po drodze. Nie bez znaczenia jest też płeć terapeuty – niektórzy wolą pracować z kobietą, inni z mężczyzną. Są też klienci, którzy po przepracowaniu pewnych problemów z terapeutą jednej płci, kontynuują terapię u specjalisty przeciwnej płci żeby móc dopełnić proces terapeutyczny.

Psychoterapeuta może stać się powiernikiem i osobą, z którą klient omawia ważne życiowe sprawy. Może pracować na rzecz jednej osoby, pary, rodziny; samodzielnie lub w zespole terapeutów.

A kto może zostać psychoterapeutą? Osoba z dyplomem magistra, która ukończy szkolenie w zakresie psychoterapii (zwykle 3-4 lat) i odbędzie praktykę kliniczną, regularnie superwizująca czyli konsultująca z bardziej doświadczonymi kolegami, swoją pracę. W nurcie Gestalt, w którym pracuję, wymogiem jest również odbycie własnej terapii. Dzięki temu terapeuta może towarzyszyć klientowi mając pełną świadomość własnego potencjału jak i ograniczeń, i jest zdolny skutecznie pomagać.

I może na koniec warto wspomnieć, że psychoterapeuci już nie kładą swoich klientów na kozetkach… Obraz pacjenta, który leży z półprzymkniętymi oczyma i wspomina wczesne dzieciństwo a terapeuta notuje coś na kartce i co jakiś czas kiwa głową mówiąc „yhm” utrwalił się w naszej świadomości, ale ma już niewiele wspólnego z rzeczywistością w gabinetach. W miejscu pracy terapeuty zazwyczaj będą stały dwa fotele lub fotel i sofa a klient i terapeuta będą po prostu prowadzili rozmowę.

Kończąc czytać ten artykuł może macie w wyobraźni gabinet, w którym terapeuta i klient siedzą naprzeciwko siebie i rozmawiają; jeden prowadzi terapię a drugi jest w terapii, ale od nich obojga zależy, w jakim tempie i kierunku terapia będzie się rozwijać.

Następnym razem opowiem o tym, kim jest terapeuta Gestalt i dlaczego w gabinecie można czasem gadać do poduszek, i fikać koziołki.

Agata Teixeira de Sousa